Obudziłam się 2 godziny później. Skórę na twarzy miałam suchą od zaschniętych łez, a oczy mnie piekły. Czułam, że mam o wiele więcej energii fizycznej niż psychicznej.
W niebieskich spodenkach od dresu i białych podkoszulku pomaszerowałam na dół. Vada leżała przed telewizorem i... chlipała. Podeszłam do niej i zapytałam, co się stało. Nie słyszała, jak schodziłam, przestraszyła się.
- O, hej, hej... Jak tam? Wyspana?
- Tak, owszem. - spojrzałam na godzinę w telewizorze. Za godzinę jadę do pracy. - Co się stało?
- Ach... Nic, kochana. - zmusiła się do nieszczerego uśmiechu. - A co ma być?
Westchnęłam. Zebrałam w sekundę myśli i energię, żeby się nie rozpłakać. Czułam, że z każdym wypowiedzianym słowem moje łzy były coraz bliżej...
- Słuchaj. Cały czas rozmawiamy o mnie. O moich problemach, wspomnieniach... kłótniach. Jesteśmy przyjaciółkami. - siadłam obok niej. Naprawdę ciężko było spojrzeć jej w oczy. - Dziś porozmawiamy o TOBIE. - oddech. - Pytam jeszcze raz: co się stało?
Nie patrzyła na mnie, tylko przed siebie. Do oczu napływały jej łzy, ale zdążyła je przetrzeć chusteczką. Objęłam ją ramieniem. Zepchnęła je.
- Wiesz, co się dzieje? - powiedziała wreszcie. - TY się dziejesz. Mam już dosyć. Wszystkiego mam dosyć.
Nie rozumiałam. Czyżby miała dość moich kłopotów? Czyżby miała dość MNIE, tylko dlatego, że mam fatalne życie i czasami nie potrafię się ogarnąć i wszystkiego pozbierać?
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Wyprowadzę się. Albo ty to zrób. Albo nie... to Twój dom. Wyprowadzam się.
- CO?! - zaczęłam płakać, wstałam. - Uciekasz ode mnie? Taką jesteś przyjaciółką!? Jesteś mi teraz cholernie potrzebna!
- Czyżby? Mam dość Twoich problemów! Ja też mam sekrety i nierozwiązane sprawy! Nie masz pojęcia, co się dzieje w moim życiu!
- Jesteś... uh, już sama nie wiem! - krzyknęłam. - Przychodzisz do mnie jak gdyby nigdy nic, ja daję Ci dach nad głową, a ty teraz robisz coś takiego? Nie wierzę! Jesteśmy przyjaciółkami!
- Przyjaciółkami? - powiedziała baaardzo powoli. - PRZYJACIÓŁKAMI? Ty nawet nie wiesz, dlaczego chciałam się u Ciebie zatrzymać! Nie wiesz KOMPLETNIE NIC!
Zrobiło mi się cholernie głupio. Złość nagle przeszła. Byłam głupią, samolubną, egoistyczną idiotką. W dodatku straciłam Łukasza.
Vada zaczęła płakać. Ja też. Przepraszałam ją, mówiłam, że jestem głupią krową i od dziś WSZYSTKO się zmieni.
- Tak. Wszystko się zmieni. - odpowiedziała. - Od mojej wyprowadzki poczynając.
Poleciały mi kolejne łzy. Czy ona nie rozumie, że bez niej już dawno mogło by nie być mnie na tym świecie? Że teraz jej potrzebuję? Że nie pomagałam jej, bo nie widziałam, że tego potrzebuje?
- Vada... Proszę... - płakałam. - Nie zostawiaj mnie...
- Nie, Sylwia. Wybacz, ale potrzebuję pomocy i odpoczynku. Nie potrafię Cię dłużej znać. Wybacz.
- Błagam...
Wstała i poszła na górę. Słyszałam, jak pakuje walizkę. Położyłam się na kanapie i zaczęłam ryczeć jak dziecko. Ryczałam, aż w końcu Vada nie zeszła na dół, by zapytać, gdzie jej bluzka. Nie odpowiadałam, ryczałam dalej. Wkurzyła się, zaczęła krzyczeć, że mam jej odpowiedzieć. Dalej leżałam i ryczałam jak dzieciak, wrzeszcząc, że ma mnie nie zostawiać. Ona tylko pokręciła głową i stwierdziła, że sama ją sobie znajdzie. Pakowała się dalej. A ja wrzeszczałam na nią i ryczałam, że ma zostać.
W końcu była gotowa. Podeszła do mnie, by się pożegnać, ale ja nieświadomie ją kopałam nogami, jednocześnie próbując przyciągnąć ją do siebie, żeby ją przytulić. W końcu się wyrwała i odeszła. Trzasnęła drzwiami. Ja wybiegłam za nią w piżamie, chwyciłam jej walizkę i dalej się darłam. Czułam się jak obłąkana. Myślałam, że zaraz zadzwoni na policję i zamkną mnie w psychiatryku. A tam bym nie wytrzymała.
Wyrwała mi walizkę i odepchnęła, mówiąc, że mam się ogarnąć, bo skończę na dnie.
- Już jestem na dnie! - odpowiedziałam.
Pokręciła smutno głową i odeszła. Wsiadła do zamówionej taksówki i odjechała. Beze mnie.
Nie mogłam iść tego dnia do pracy. Siedziałam w piżamie na kanapie kilka godzin i oglądałam jakieś głupie programy telewizyjne. Dzwoniłam do Vady co pół godziny. Wyłączyła telefon. Stawiam, że wyrzuciła starter, że zaczyna "nowe życie", bo to, które chciała zacząć w BC najwidoczniej jej zepsułam.
Dochodziła 22.00, gdy uświadomiłam sobie, że został... Łukasz. Nie mogę stracić i jego. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłabym go pokochać. Ale zależało mi na nim. I to bardzo. Chciałam wszystko naprawić, ale nie wiem, czy po porannej kłótni chciałby ze mną rozmawiać. Wiem, że on... że... no, że on mnie... eh.
Około 22.30 nie miałam sił dalej płakać, moje oczy chyba prawie wypadły, takie czułam szczypanie. Były czerwone, jakbym pomalowała je farbą. Wyglądałam okropnie. Byłam zmęczona i chciałam iść spać.
Cała brudna i spocona położyłam się do wcześniej niepościelonego łóżka i próbowałam zasnąć. Zanim mi się o udało, zrozumiałam jedną rzecz.
Tego dnia straciłam wszystko, co tylko mogłam stracić.
* * *
Obudziłam się w tak podłym humorze, że najlepiej by było, gdybym przykleiła sobie karteczkę z napisem "Bez kija nie podchodź!"
Spojrzałam na telefon. SMS. Serce natychmiast mi skoczyło. TO BYŁA VADA.
Szybko otworzyłam wiadomość i przeczytałam ją bardzo powoli i dokładnie.
"Sylwia, zostawiłam u Ciebie mojego psa. Tak naprawdę będzie mi przypominam o Tobie. Możesz go sobie zostawić, albo oddać dobrym ludziom. Z góry dzięki. Vada (podpis w razie gdybyś usunęła mój numer)."
Próbowałam się rozpłakać, ale chyba straciłam zapas łez. Tylko tyle ode mnie oczekuje? Ona naprawdę odeszła. Zostawiła mnie, ale to moja wina.
Muszę naprawić wszystko między mną, a Łukaszem zanim odejdzie tak jak ona.
Od razu po śniadaniu (czytaj: kanapka zjedzona w biegu) pobiegłam do schroniska oddać zwierzaki. Obiecałam sobie, że tym razem naprawię WSZYSTKO w moim życiu. Dla Vady. I dla mnie.
Ze schroniska pognałam od razu na cmentarz, na grób rodziców.
- Cześć, mamo, tato. - uśmiechnęłam się lekko. - Mam problem.
Dziwnie się czułam gadając do grobu, ale czułam, że oni mnie słuchają. Kontynuowałam.
- No więc... Straciłam przyjaciółkę. I prawie chłopaka. Chciałabym zamknąć wszystkie sprawy przeszłości. Wrócić do nich i zakończyć. Nawet... - westchnęłam. - Nawet Eryka.
Czułam, że rodzice zamilknęli. Głupia. Jakby w ogóle coś mówili.
Wtedy mnie olśniło. KTO DAŁ ŁUKASZOWI TEN LIST???
- Dzięki Wam! - krzyknęłam do grobu i pobiegłam. Postanowiłam iść do Łukasza.
* * *
Gdy stałam przed drzwiami serce mi biło, ale wiedziałam, że on nie będzie potrafił mnie odrzucić po tym, jak wczoraj prawie wyznał mi miłość. Jednocześnie czułam strach po tym, jak ja go potraktowałam. Zapukałam. Zerknął przez okno. Uśmiechnęłam się, ale nie otworzył. Czekałam. W końcu wyciągnęłam notes, z którego wyrwałam kartkę oraz długopis i naskrobałam:
"Szanowny Panie Łukaszu Shwan!
Czy zechce Szanowny Oraz Niesamowicie Przystojny I Kochany Pan otworzyć drzwi tej Nędznej Postaci, Która Niszczy Wszystko, zwanej Sylwią?
Bardzo nalegam..."
Kartkę wsunęłam pod drzwi. Wziął ją i najwyraźniej przeczytał, bo usłyszałam przed drzwiami cichy śmiech. Tak! To dobry znak. Po chwili otworzył z lekkim uśmiechem.
- Właź, Sylwia. - zaprosił.
Weszłam z wyraźnym zacieszem na twarzy. Myślałam, że z ekscytacji podskoczę do sufitu, a spadając zrobię dziurę w podłodze.
Usiadłam na tej samej kanapie co ostatnio, on naprzeciwko mnie. Był widocznie wesoły. Patrzył na mnie i zapytał:
- Więc o co chodzi, Sylwia? - zapytał radośnie.
- Nie jesteś na mnie zły?
- Ech... Proszę nie wracajmy do tego. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że... przyszłaś. - zarumienił się. I TO BARDZO BARDZO. - Nie dzwoniłem, bo chciałem dać Ci spokój.
- Przepraszam. - Boże! Czy ja kiedykolwiek oduczę się tyle ryczeć? - Nie chciałam tego. Byłam zła. Nie rozumiałam, czemu w to uwierzyłeś. Nie wierzyłam, że ty...
Spojrzałam na niego. Patrzył już bez tego uśmiechu co przed chwilą, jednak wzrokiem ociekającym nadzieją.
- Że ja... co? - zagadnął.
- Że ty... - chlipałam. - że Ci na mnie zależy.
Zaczął wywiercać dziurę w swoich butach. Ja zrobiłam to samo.
- Faktem jest, że znamy się cholernie krótko. Jedno prawdziwe spotkanie, kilka rozmów i SMS-y. Ale urzekłaś mnie... - w tym momencie się zaciął. - Vada mówiła o Tobie tyle wspaniałych rzeczy. Wierzyłem jej. To, co mówiła, było prawdą. - uśmiechnął się. - Przepraszam, ze tak to rozegrałem.
- Między nami zgoda? To ja jestem tu winna. Przepraszam. Więc zgoda?
Przytulił mnie. Błądził głową tak, jakby... nie, nie ważne.
- A propos Vady... Wyprowadziła się.
- Co? - natychmiast mnie puścił.
- Okazałam się idiotką, byłam samolubna, powiedziała, że nic o niej nie wiem i że nie potrafi mnie dłużej znać. Odeszła. Zostawiła mnie.
Zawahał się, co odpowiedzieć. Ale chciał mnie pocieszyć. "Powiedz cokolwiek" - mówiłam w myślach.
- Nie zastąpię Ci Vady. - powiedział w końcu. - Ale na mnie także możesz liczyć, tak samo, jak na niej. Obiecuję. - uśmiechnął się.
- Dziękuję. - powiedziała prawie szeptem. Wtuliłam się w jego czerwoną bluzę trzymając go za materiał. On jedną ręką głaskał mi włosy, a drugą położył na plecach. Pierwszy raz od pewnego czasu czułam się... bezpieczna.
- Słuchaj, musimy wyjaśnić jeszcze jedną rzecz. - powiedziałam nagle.
- Mianowicie?
- List.
- A czy nie o tym cały czas rozmawialiśmy? - zdziwił się.
- Nie. - odrzekłam. - Kto Ci go dał?
Czułam jak neutrony w jego mózgu zaczynają pracować. PRZYSIĘGAM, że po chwili zobaczyłam nad jego głową zapaloną żaróweczkę.
- Blondynka, ciemne okulary, ogromne oczy. Fioletowy strój, lub rzygowato różowy, jak kto woli, kozaczki. Znasz ją?
Czułam jak podłogą się pode mną osuwała. Dobrze, że siedziałam, bo chyba bym wylądowała teraz z hukiem na podłodze. Zaczęłam osuwać się na kanapie z nieruchomym wzrokiem.
- Chri-chris... Chri... - wyjąkałam.
- Sylwia? Co Ci jest? - zaniepokoił się.
- CHRISTA!? - krzyknęłam w końcu.
- Co się dzieje!? - teraz to on krzyknął.
Zaczęłam ciężko i bardzo wolno oddychać. Po chwili spokojnie, dokładnie akcentując każde słowo wydusiłam:
- JAK TA SZMATA MA CZELNOŚĆ MIESZAĆ W MOIM ZASRANYM ŻYCIU!? WYRWĘ JEJ TE BLOND KŁAKI, POŁAMIĘ TIPSY I UTOPIĘ W NAJBLIŻSZYM JEZIORZE!! - wrzasnęłam na całą ulicę.
- Sylwia! Uspokój się! - podniósł ręce z geście obrony. - Powoli oddychaj.
- TA WREDNA SU*A PRZESPAŁA SIĘ Z MOIM NARZECZONYM. UDERZYŁA MNIE W TWARZ, A POTEM WSZYSTKIEGO SIĘ WYPIERAŁA. ZABRAŁA MOJĄ PIERWSZĄ MIŁOŚĆ, MIŁOŚĆ MOJEGO ŻYCIA. - nieco spokojniej. - Zabiję ją.
- Sylwia! To nie jest żadne wyjście! - kazał mi usiąść, bo w trakcie krzyków wstałam. - Powiedz, co się stało.
- Otóż, na studiach zaręczyłam się z Erykiem Langerak. A ta bezczelna su*ka się z nim PRZESPAŁA. On też jest winny. Ale ona dobrze wiedziała, że jesteśmy razem. - powiedziałam, a po chwili znowu wrzasnęłam - NA TYLE SPOKOJNIE CI WYSTARCZY!?
- Ku*wa mać! SYLWIA! OGARNIJ SIĘ! - potrząsnął mną.
- Uff, od razu lepiej. - powiedziałam już normalnie. - To naprawdę działa.
- Co chcesz teraz zrobić?
- Zabić ją. - odpowiedziałam z miluśkim uśmiechem przekręcając głowę w jego stronę.
Pokręcił głową.
- Sylwia, pytam serio.
- Cóż, zadzwonię do niej i się zapytam, czemu znowu niszczy mi życie.
- Hm.. Mam lepszy pomysł. - stwierdził.
- Jaki?
- Napisz z mojego numeru. - podał mi telefon. - Umówcie się na spotkanie. Pójdę z Tobą, przyciśniemy ją do muru i wypytamy, o co jej chodzi.
Rzuciłam się na niego i dałam mu buziaka w policzek. Zmienił się w czerwonego buraka. Opadła mu szczęka. Pierwszy raz zachichotałam.
- Jesteś genialny!
Po chwili oboje wymyślaliśmy, jak by tu zwabić Christę. W końcu wpadliśmy na pomysł.
"Hej, maleńka!
Tu Twój Eryk. Musiałem zmienić numer, na ten stary nie dzwoń. Musimy pogadać, nie martw się, wszystko jest dobrze. Dzisiaj o 20.00 w Parku Św. Pawła w BelladonaCove? Będę czekał."
Wysłano. Tak! Su*a mnie popamięta. Przepraszam za tyle przekleństw, naprawdę.
Uśmiechałam się do Łukasza, a on do mnie. Naprawdę byłam wtedy szczęśliwa. Nie wiedziałam, co będzie z Vadą i jak potoczy się sprawa z Christą, ale nie byłam w tym sama. On ze mną był.
"Nędzna Postać, Która
Niszczy Wszystko,
znana jako
Sylwia"
____________________________
Witajcie, kochani! Mam ogromną nadzieję, że ta, jak i poprzednia notka Wam się podobają i Was zaciekawiły.
W następnej oczywiście spotkanie z Christą, aż w końcu dojedziemy do obecnej sytuacji Sylwii...
Czekam na komentarze i pozdrawiam!
W niebieskich spodenkach od dresu i białych podkoszulku pomaszerowałam na dół. Vada leżała przed telewizorem i... chlipała. Podeszłam do niej i zapytałam, co się stało. Nie słyszała, jak schodziłam, przestraszyła się.
- O, hej, hej... Jak tam? Wyspana?
- Tak, owszem. - spojrzałam na godzinę w telewizorze. Za godzinę jadę do pracy. - Co się stało?
- Ach... Nic, kochana. - zmusiła się do nieszczerego uśmiechu. - A co ma być?
Westchnęłam. Zebrałam w sekundę myśli i energię, żeby się nie rozpłakać. Czułam, że z każdym wypowiedzianym słowem moje łzy były coraz bliżej...
- Słuchaj. Cały czas rozmawiamy o mnie. O moich problemach, wspomnieniach... kłótniach. Jesteśmy przyjaciółkami. - siadłam obok niej. Naprawdę ciężko było spojrzeć jej w oczy. - Dziś porozmawiamy o TOBIE. - oddech. - Pytam jeszcze raz: co się stało?
Nie patrzyła na mnie, tylko przed siebie. Do oczu napływały jej łzy, ale zdążyła je przetrzeć chusteczką. Objęłam ją ramieniem. Zepchnęła je.
- Wiesz, co się dzieje? - powiedziała wreszcie. - TY się dziejesz. Mam już dosyć. Wszystkiego mam dosyć.
Nie rozumiałam. Czyżby miała dość moich kłopotów? Czyżby miała dość MNIE, tylko dlatego, że mam fatalne życie i czasami nie potrafię się ogarnąć i wszystkiego pozbierać?
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Wyprowadzę się. Albo ty to zrób. Albo nie... to Twój dom. Wyprowadzam się.
- CO?! - zaczęłam płakać, wstałam. - Uciekasz ode mnie? Taką jesteś przyjaciółką!? Jesteś mi teraz cholernie potrzebna!
- Czyżby? Mam dość Twoich problemów! Ja też mam sekrety i nierozwiązane sprawy! Nie masz pojęcia, co się dzieje w moim życiu!
- Jesteś... uh, już sama nie wiem! - krzyknęłam. - Przychodzisz do mnie jak gdyby nigdy nic, ja daję Ci dach nad głową, a ty teraz robisz coś takiego? Nie wierzę! Jesteśmy przyjaciółkami!
- Przyjaciółkami? - powiedziała baaardzo powoli. - PRZYJACIÓŁKAMI? Ty nawet nie wiesz, dlaczego chciałam się u Ciebie zatrzymać! Nie wiesz KOMPLETNIE NIC!
Zrobiło mi się cholernie głupio. Złość nagle przeszła. Byłam głupią, samolubną, egoistyczną idiotką. W dodatku straciłam Łukasza.
Vada zaczęła płakać. Ja też. Przepraszałam ją, mówiłam, że jestem głupią krową i od dziś WSZYSTKO się zmieni.
- Tak. Wszystko się zmieni. - odpowiedziała. - Od mojej wyprowadzki poczynając.
Poleciały mi kolejne łzy. Czy ona nie rozumie, że bez niej już dawno mogło by nie być mnie na tym świecie? Że teraz jej potrzebuję? Że nie pomagałam jej, bo nie widziałam, że tego potrzebuje?
- Vada... Proszę... - płakałam. - Nie zostawiaj mnie...
- Nie, Sylwia. Wybacz, ale potrzebuję pomocy i odpoczynku. Nie potrafię Cię dłużej znać. Wybacz.
- Błagam...
Wstała i poszła na górę. Słyszałam, jak pakuje walizkę. Położyłam się na kanapie i zaczęłam ryczeć jak dziecko. Ryczałam, aż w końcu Vada nie zeszła na dół, by zapytać, gdzie jej bluzka. Nie odpowiadałam, ryczałam dalej. Wkurzyła się, zaczęła krzyczeć, że mam jej odpowiedzieć. Dalej leżałam i ryczałam jak dzieciak, wrzeszcząc, że ma mnie nie zostawiać. Ona tylko pokręciła głową i stwierdziła, że sama ją sobie znajdzie. Pakowała się dalej. A ja wrzeszczałam na nią i ryczałam, że ma zostać.
W końcu była gotowa. Podeszła do mnie, by się pożegnać, ale ja nieświadomie ją kopałam nogami, jednocześnie próbując przyciągnąć ją do siebie, żeby ją przytulić. W końcu się wyrwała i odeszła. Trzasnęła drzwiami. Ja wybiegłam za nią w piżamie, chwyciłam jej walizkę i dalej się darłam. Czułam się jak obłąkana. Myślałam, że zaraz zadzwoni na policję i zamkną mnie w psychiatryku. A tam bym nie wytrzymała.
Wyrwała mi walizkę i odepchnęła, mówiąc, że mam się ogarnąć, bo skończę na dnie.
- Już jestem na dnie! - odpowiedziałam.
Pokręciła smutno głową i odeszła. Wsiadła do zamówionej taksówki i odjechała. Beze mnie.
Nie mogłam iść tego dnia do pracy. Siedziałam w piżamie na kanapie kilka godzin i oglądałam jakieś głupie programy telewizyjne. Dzwoniłam do Vady co pół godziny. Wyłączyła telefon. Stawiam, że wyrzuciła starter, że zaczyna "nowe życie", bo to, które chciała zacząć w BC najwidoczniej jej zepsułam.
Dochodziła 22.00, gdy uświadomiłam sobie, że został... Łukasz. Nie mogę stracić i jego. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłabym go pokochać. Ale zależało mi na nim. I to bardzo. Chciałam wszystko naprawić, ale nie wiem, czy po porannej kłótni chciałby ze mną rozmawiać. Wiem, że on... że... no, że on mnie... eh.
Około 22.30 nie miałam sił dalej płakać, moje oczy chyba prawie wypadły, takie czułam szczypanie. Były czerwone, jakbym pomalowała je farbą. Wyglądałam okropnie. Byłam zmęczona i chciałam iść spać.
Cała brudna i spocona położyłam się do wcześniej niepościelonego łóżka i próbowałam zasnąć. Zanim mi się o udało, zrozumiałam jedną rzecz.
Tego dnia straciłam wszystko, co tylko mogłam stracić.
* * *
Obudziłam się w tak podłym humorze, że najlepiej by było, gdybym przykleiła sobie karteczkę z napisem "Bez kija nie podchodź!"
Spojrzałam na telefon. SMS. Serce natychmiast mi skoczyło. TO BYŁA VADA.
Szybko otworzyłam wiadomość i przeczytałam ją bardzo powoli i dokładnie.
"Sylwia, zostawiłam u Ciebie mojego psa. Tak naprawdę będzie mi przypominam o Tobie. Możesz go sobie zostawić, albo oddać dobrym ludziom. Z góry dzięki. Vada (podpis w razie gdybyś usunęła mój numer)."
Próbowałam się rozpłakać, ale chyba straciłam zapas łez. Tylko tyle ode mnie oczekuje? Ona naprawdę odeszła. Zostawiła mnie, ale to moja wina.
Muszę naprawić wszystko między mną, a Łukaszem zanim odejdzie tak jak ona.
Od razu po śniadaniu (czytaj: kanapka zjedzona w biegu) pobiegłam do schroniska oddać zwierzaki. Obiecałam sobie, że tym razem naprawię WSZYSTKO w moim życiu. Dla Vady. I dla mnie.
Ze schroniska pognałam od razu na cmentarz, na grób rodziców.
- Cześć, mamo, tato. - uśmiechnęłam się lekko. - Mam problem.
Dziwnie się czułam gadając do grobu, ale czułam, że oni mnie słuchają. Kontynuowałam.
- No więc... Straciłam przyjaciółkę. I prawie chłopaka. Chciałabym zamknąć wszystkie sprawy przeszłości. Wrócić do nich i zakończyć. Nawet... - westchnęłam. - Nawet Eryka.
Czułam, że rodzice zamilknęli. Głupia. Jakby w ogóle coś mówili.
Wtedy mnie olśniło. KTO DAŁ ŁUKASZOWI TEN LIST???
- Dzięki Wam! - krzyknęłam do grobu i pobiegłam. Postanowiłam iść do Łukasza.
* * *
Gdy stałam przed drzwiami serce mi biło, ale wiedziałam, że on nie będzie potrafił mnie odrzucić po tym, jak wczoraj prawie wyznał mi miłość. Jednocześnie czułam strach po tym, jak ja go potraktowałam. Zapukałam. Zerknął przez okno. Uśmiechnęłam się, ale nie otworzył. Czekałam. W końcu wyciągnęłam notes, z którego wyrwałam kartkę oraz długopis i naskrobałam:
"Szanowny Panie Łukaszu Shwan!
Czy zechce Szanowny Oraz Niesamowicie Przystojny I Kochany Pan otworzyć drzwi tej Nędznej Postaci, Która Niszczy Wszystko, zwanej Sylwią?
Bardzo nalegam..."
Kartkę wsunęłam pod drzwi. Wziął ją i najwyraźniej przeczytał, bo usłyszałam przed drzwiami cichy śmiech. Tak! To dobry znak. Po chwili otworzył z lekkim uśmiechem.
- Właź, Sylwia. - zaprosił.
Weszłam z wyraźnym zacieszem na twarzy. Myślałam, że z ekscytacji podskoczę do sufitu, a spadając zrobię dziurę w podłodze.
Usiadłam na tej samej kanapie co ostatnio, on naprzeciwko mnie. Był widocznie wesoły. Patrzył na mnie i zapytał:
- Więc o co chodzi, Sylwia? - zapytał radośnie.
- Nie jesteś na mnie zły?
- Ech... Proszę nie wracajmy do tego. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że... przyszłaś. - zarumienił się. I TO BARDZO BARDZO. - Nie dzwoniłem, bo chciałem dać Ci spokój.
- Przepraszam. - Boże! Czy ja kiedykolwiek oduczę się tyle ryczeć? - Nie chciałam tego. Byłam zła. Nie rozumiałam, czemu w to uwierzyłeś. Nie wierzyłam, że ty...
Spojrzałam na niego. Patrzył już bez tego uśmiechu co przed chwilą, jednak wzrokiem ociekającym nadzieją.
- Że ja... co? - zagadnął.
- Że ty... - chlipałam. - że Ci na mnie zależy.
Zaczął wywiercać dziurę w swoich butach. Ja zrobiłam to samo.
- Faktem jest, że znamy się cholernie krótko. Jedno prawdziwe spotkanie, kilka rozmów i SMS-y. Ale urzekłaś mnie... - w tym momencie się zaciął. - Vada mówiła o Tobie tyle wspaniałych rzeczy. Wierzyłem jej. To, co mówiła, było prawdą. - uśmiechnął się. - Przepraszam, ze tak to rozegrałem.
- Między nami zgoda? To ja jestem tu winna. Przepraszam. Więc zgoda?
Przytulił mnie. Błądził głową tak, jakby... nie, nie ważne.
- A propos Vady... Wyprowadziła się.
- Co? - natychmiast mnie puścił.
- Okazałam się idiotką, byłam samolubna, powiedziała, że nic o niej nie wiem i że nie potrafi mnie dłużej znać. Odeszła. Zostawiła mnie.
Zawahał się, co odpowiedzieć. Ale chciał mnie pocieszyć. "Powiedz cokolwiek" - mówiłam w myślach.
- Nie zastąpię Ci Vady. - powiedział w końcu. - Ale na mnie także możesz liczyć, tak samo, jak na niej. Obiecuję. - uśmiechnął się.
- Dziękuję. - powiedziała prawie szeptem. Wtuliłam się w jego czerwoną bluzę trzymając go za materiał. On jedną ręką głaskał mi włosy, a drugą położył na plecach. Pierwszy raz od pewnego czasu czułam się... bezpieczna.
- Słuchaj, musimy wyjaśnić jeszcze jedną rzecz. - powiedziałam nagle.
- Mianowicie?
- List.
- A czy nie o tym cały czas rozmawialiśmy? - zdziwił się.
- Nie. - odrzekłam. - Kto Ci go dał?
Czułam jak neutrony w jego mózgu zaczynają pracować. PRZYSIĘGAM, że po chwili zobaczyłam nad jego głową zapaloną żaróweczkę.
- Blondynka, ciemne okulary, ogromne oczy. Fioletowy strój, lub rzygowato różowy, jak kto woli, kozaczki. Znasz ją?
Czułam jak podłogą się pode mną osuwała. Dobrze, że siedziałam, bo chyba bym wylądowała teraz z hukiem na podłodze. Zaczęłam osuwać się na kanapie z nieruchomym wzrokiem.
- Chri-chris... Chri... - wyjąkałam.
- Sylwia? Co Ci jest? - zaniepokoił się.
- CHRISTA!? - krzyknęłam w końcu.
- Co się dzieje!? - teraz to on krzyknął.
Zaczęłam ciężko i bardzo wolno oddychać. Po chwili spokojnie, dokładnie akcentując każde słowo wydusiłam:
- JAK TA SZMATA MA CZELNOŚĆ MIESZAĆ W MOIM ZASRANYM ŻYCIU!? WYRWĘ JEJ TE BLOND KŁAKI, POŁAMIĘ TIPSY I UTOPIĘ W NAJBLIŻSZYM JEZIORZE!! - wrzasnęłam na całą ulicę.
- Sylwia! Uspokój się! - podniósł ręce z geście obrony. - Powoli oddychaj.
- TA WREDNA SU*A PRZESPAŁA SIĘ Z MOIM NARZECZONYM. UDERZYŁA MNIE W TWARZ, A POTEM WSZYSTKIEGO SIĘ WYPIERAŁA. ZABRAŁA MOJĄ PIERWSZĄ MIŁOŚĆ, MIŁOŚĆ MOJEGO ŻYCIA. - nieco spokojniej. - Zabiję ją.
- Sylwia! To nie jest żadne wyjście! - kazał mi usiąść, bo w trakcie krzyków wstałam. - Powiedz, co się stało.
- Otóż, na studiach zaręczyłam się z Erykiem Langerak. A ta bezczelna su*ka się z nim PRZESPAŁA. On też jest winny. Ale ona dobrze wiedziała, że jesteśmy razem. - powiedziałam, a po chwili znowu wrzasnęłam - NA TYLE SPOKOJNIE CI WYSTARCZY!?
- Ku*wa mać! SYLWIA! OGARNIJ SIĘ! - potrząsnął mną.
- Uff, od razu lepiej. - powiedziałam już normalnie. - To naprawdę działa.
- Co chcesz teraz zrobić?
- Zabić ją. - odpowiedziałam z miluśkim uśmiechem przekręcając głowę w jego stronę.
Pokręcił głową.
- Sylwia, pytam serio.
- Cóż, zadzwonię do niej i się zapytam, czemu znowu niszczy mi życie.
- Hm.. Mam lepszy pomysł. - stwierdził.
- Jaki?
- Napisz z mojego numeru. - podał mi telefon. - Umówcie się na spotkanie. Pójdę z Tobą, przyciśniemy ją do muru i wypytamy, o co jej chodzi.
Rzuciłam się na niego i dałam mu buziaka w policzek. Zmienił się w czerwonego buraka. Opadła mu szczęka. Pierwszy raz zachichotałam.
- Jesteś genialny!
Po chwili oboje wymyślaliśmy, jak by tu zwabić Christę. W końcu wpadliśmy na pomysł.
"Hej, maleńka!
Tu Twój Eryk. Musiałem zmienić numer, na ten stary nie dzwoń. Musimy pogadać, nie martw się, wszystko jest dobrze. Dzisiaj o 20.00 w Parku Św. Pawła w BelladonaCove? Będę czekał."
Wysłano. Tak! Su*a mnie popamięta. Przepraszam za tyle przekleństw, naprawdę.
Uśmiechałam się do Łukasza, a on do mnie. Naprawdę byłam wtedy szczęśliwa. Nie wiedziałam, co będzie z Vadą i jak potoczy się sprawa z Christą, ale nie byłam w tym sama. On ze mną był.
"Nędzna Postać, Która
Niszczy Wszystko,
znana jako
Sylwia"
____________________________
Witajcie, kochani! Mam ogromną nadzieję, że ta, jak i poprzednia notka Wam się podobają i Was zaciekawiły.
W następnej oczywiście spotkanie z Christą, aż w końcu dojedziemy do obecnej sytuacji Sylwii...
Czekam na komentarze i pozdrawiam!
Co robisz, Sylwia? 




























Pewnego dnia po prostu zapukała do mnie jakaś dziewczyna z walizkami i powiedziała, że nie ma gdzie mieszkać i szuka domu. Byłam trochę osłupiała, ale stwierdziłam, że wydaje się sympatyczna, więc czemu nie. Wpuściłam ją. Okazała się wspaniała. Zaprzyjaźniłyśmy się. 

























Aż mi się nie dobrze robi! Tylko czemu akurat musiała się wprowadzić do mojego akademika?!









-
Vera Pe:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›